W sobotę Błonianka pokazała, co znaczy walka do ostatniego gwizdka. Mimo iż nie zdobyliśmy kompletu punktów, mocno namieszaliśmy tym remisem w kontekście walki o mistrzostwo.

Miał być crash test
Wielu spodziewało się, że gospodarze przejmą kontrolę nad tym meczem i mocno przygniotą Błoniankę. Do pewnego stopnia tak zrobili, lecz goście swobodnie wprowadzali swoje warianty taktyczne i próbowali zaskoczyć Weszło. Spotkanie stało przede wszystkim pod znakiem walki, dowodem czego były cztery żółte kartki pokazane przez arbitra w ciągu pierwszych czterdziestu pięciu minut. Były też jednak gole. Pierwszego w meczu ku zdziwieniu widzów zdobyła Błonianka. Strzelcem nie kto inny jak Olgierd Wełna, który po raz kolejny udowodnił, że „główka pracuje”. Nasza radość nie trwała niestety zbyt długo, bowiem już pięć minut potem gospodarze wyrównali za sprawą Kamila Wiśniewskiego. Takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa, a apetyt na więcej miały obie ekipy.
Poldi, Großartig!
Druga połowa to już trochę wolniejsze tempo, szczególnie z naszej strony, mimo zmian w obu drużynach. Gospodarze delikatnie ponownie przejęli inicjatywę, ale podobnie jak w pierwszej połowie nie mogli znaleźć drogi do bramki. Mijały kolejne minuty, a KTS jakby powoli godził się z tym, że nic się tu nie da wskórać i podział punktów jest nieunikniony. Z naszej strony z czasem dało się zauważyć poszanowanie tego wyniku. Przed końcem meczu problemy z ręką miał nasz obrońca Mateusz Markowicz, a przerwa w grze spowodowała, że sędzia doliczył pięć minut do podstawowego czasu. Gdy mało kto spodziewał się jeszcze jakichkolwiek emocji, nagle gospodarze wyszli z zabójczą kontrą, która skończyła się golem Mikołaja Neumana, który tego dnia asystował też przy pierwszym trafieniu. Trybuny oszalały z radości, ale Błonianka szybko przeniosła piłkę w celu szybkiego wznowienia. Chwilę potem sędzia… podyktował rzut wolny właśnie dla nas po zagraniu ręką tuż przed polem karnym Weszło. Do piłki podszedł Wiktor Podolski, który już co najmniej od 70. minuty narzekał na ból. Strzał jaki oddał Poldi był chyba odbiciem wszystkich złych emocji, jakie kierowali do niego kibice i piłkarze przeciwnej drużyny.
Jak jeszcze przed wcześniej stadion szalał, tak w tamtym momencie było słychać dosłownie każdego owada przelatującego między krzesełkami. Mowa tu o jednej stronie, bo po drugiej świętowała ekipa gości, ponieważ w momencie celebracji sędzia gwizdkiem dał znać o zakończeniu spotkania. Tym golem w samej końcówce mocno komplikujemy sytuację w grze o mistrzostwo. My jednak mamy jeszcze swoje do zagrania. Już za tydzień podejmiemy Talent Warszawa i postawimy pierwszy z dwóch kroków do tego, by zakończyć sezon co najmniej na 6. miejscu.